Więcej o narodzinach Gai
708892_insipite_storms_1.jpg

Poród, czyli jak to było z jej przyjściem na świat…

Dnia 7.11.2007 roku zgłosiłam się na oddział patologii ciąży do bielańskiego szpitala w Toruniu z powodu niepokojącego ciśnienia dolnego. Lekarz stwierdził, że pobędę kilka dni na obserwacji i jak wszystko okaże się ok. wrócę do domu. Dzień wcześniej na wizycie nic nie wskazywało na zbliżający się poród.
Na izbie przyjęć ciśnienie było w normie… ale i tak przyjęli mnie do szpitala. To był mój pierwszy świadomy pobyt…
Oddział patologii ciąży (poza nazwą) sprawiał pozytywne wrażenie. Personel (pielęgniarki, salowe, lekarze) byli bardzo mili, uśmiechnięci.
Oprowadzono mnie o po oddziale pokazując, co gdzie jest i zapoznając z prawami pacjenta. Wbrew obawom na sali nie było opowieści mrożących krew w żyłach, każdy był skupiony na swoim stanie.

Na oddziale spotkałam dziewczynę, którą mijałam czasem w poczekalni u ginekologa. Trafiła na oddział z powodu przeterminowanej ciąży. Mimo że ja urodziłam wcześniej, ona wyszła szybciej:).
Na sąsiednim oddziale - położniczym spotkałam swoją koleżankę z pracy Kamillę, która kilka dni wcześniej urodziła synka, o imieniu, które mi się bardzo podoba: Jeremi. Stwierdziłam, że świat jest bardzo mały…

Cały czas myślałam o tym, że za kilka chwil idę do domu…

549607_lightning_strikes_perth_3.jpg

W nocy około 12.00 poczułam lekkie skurczyki, tak z nudów policzyłam co ile są, były co 6-7 minut. Masowanie pozwoliło je zniwelować. Pielęgniarka zaleciła mi sen i poczekanie na rozwój akcji. Około 3.00 udało mi się zasnąć do 5.00. O tej właśnie porze poczułam bardziej bolesne skurcze, masaż już nie pomagał… ale kto by pomyślał o porodzie, skoro badanie nie przepowiadało niczego (w gabinecie i w szpitalu). Około 6.00 jak wstałam z łóżka odeszły mi wody płodowe… choć do końca nie byłam pewna czy to to… kapcie miałam mokre… na podłodze było tego tyle, co ze szklanki. Od razu zadzwoniłam do Maćka informując go, co się stało. Z sąsiadką upewniałyśmy się czy to aby na pewno wody płodowe… pielęgniarka potwierdziła i wysłała mnie na KTG (jakieś czujki przyczepiają do brzucha i impulsy rejestrują na papierze tętno płodu (tak mi się wydaje).
Teraz już wiedziałam, że nie mam wyjścia i urodzić muszę w ciągu bodajże doby… Moja sąsiadka stwierdziła, że od odejścia wód do momentu porodu to też długa droga, więc powiedziałam Maćkowi, żeby jechał do pracy, bo na pewno przed 15.00 nic się nie wydarzy… (a był już pod szpitalem). Ponownie dorwałam go telefonicznie na dworcu PKS w Toruniu i stwierdziłam, że bez względu na to, że do porodu daleko, niech będzie tu na miejscu, bo boli i nie chcę zostać z tym sama… Oj jak dobrze zrobiłam…
KTG to mały koszmarek jak masz bóle, bo leżysz w jednej pozycji. Miałam wrażenie, że wszyscy o mnie zapomnieli bo leżałam tam ponad godzinę.

626613____hearts__1.jpg

Jak przyszedł obchód zerknęli na mój zapis i pani moje bóle określiła mianem skurczyków… Nie ukrywam, że cholernie mnie to wkurzyło, bo to było tak pogardliwe wobec bólu, który odczuwałam. W między czasie zobaczyłam swojego ginekologa, który akurat miał dyżur, nie omieszkałam zasygnalizować, że tu jestem… Zajął się mną troskliwie, czego mu nigdy nie zapomnę.

Jak wypuszczono mnie z KTG bóle się ostro nasiliły… zmusiłam się, żeby zjeść śniadanie, bo byłam bardzo głodna. Trochę wyszłam na korytarz, ale chodzenie było koszmarem, bo ból tak wzrósł, że bałam się, że się przewrócę na korytarzu. Trzymałam się ściany, bo nie mogłam chodzić z bólu. W pewnym momencie zaczęłam ryczeć. Chyba w tym momencie zajrzał do mnie mój lekarz i pocieszył, że to normalne, nie mam się czym przejmować, itp. Bardzo mnie to uspokoiło. Zaleciał mi badanie lekarskie… pojechałam tam na wózku, bo tak wiłam się z bólu i z płaczu, że ho, ho…

Badanie pokazało, że mam 6-7 cm rozwarcie. Rozkaz był taki: jechać z nią na porodówkę!!! Jedyne co pamiętam z jazdy to to, że trzymałam telefon i kazałam Maćkowi pędzić do szpitala, bo rodzę… on już czekał. Nie byłam w stanie mu tłumaczyć gdzie ma iść, więc telefon dawałam personelowi, żeby tłumaczył. Komórkę dzierżyłam jak najdroższy skarb…

Jak wjechałam na porodówkę zamurowało mnie lekko z wrażenia. To niesamowite, ale zielony kolor bardzo mnie uspokoił i ta przestrzeń… Przywitała mnie bardzo sympatyczna pielęgniarka/ położna/lekarka - nie wiem. Była bardzo podobna do Maćka siostry. Nazywała się Justyna. Wspominam ją bardo dobrze. Bardzo mi pomogła w czasie porodu.

704662_sweet_love_3.jpg

Sam poród wspominam też bardzo pozytywnie. Położna była bardzo miła i przyjaźnie nastawiona, informowała nas szczegółowo (poród rodzinny) o tym, co mi podaje, co się dzieje ze mną i maleństwem. Uczyła mnie prawidłowego oddychania. Stwierdzam, że pod jej kierunkiem łatwiej było mi znieść ból i to, że nie uczestniczyłam w szkole rodzenia niczemu nie przeszkadzało. Zdyscyplinowana słuchałam rad co do oddychania i wcielałam to w czyn. Początkowo oddychałam "byle jak", ale babeczka poinstruowała mnie co i jak i stosowałam się do jej zaleceń. Czasem darłam się: Pomyliłam się , jak oddychać?!!!! Ona wtedy: "Dwa takie" - ja za nią. - "Potem tak…" jakoś się zgrałyśmy. Maciek twierdzi, że byłam bardzo zdyscyplinowana. Co chwila zwilżał mi twarz i usta (krążkiem laktacyjnym, bo nie miał nic innego), bo od darcie się i oddychania czułam suchość. Co jakiś czas darłam się: Co mam robić, pomyliłam się jak to było z tym oddychaniem…

Mój lekarz zaordynował mi środek znieczulający Dolargan (silny, narkotyczny środek przeciw bólowy o działaniu rozkurczowym - mój pierwszy narkotyk:). Położna radziła mi bardziej chodzić niż to brać, bo po tym środku nie można pić i chodzić. Po chwili namysłu stwierdziłam, że lekarz nie daje tego bez powodu. Wzięłam i miałam niezły odlot, bardzo to pomogło przetrwać skurcze, bolące jak diabli. Między skurczami nawet chwilę drzemałam. Ciekawe jest to, że jak skurcz miał apogeum myślałam, że już nie wytrzymam, kiedy opadał, natychmiast zapominałam o sile skurczu. Po jakimś tam czasie wstałam na polecenie lekarki… dobrze, że wcześniej sobie poleżałam, bo ból był niewiarygodny…

Najgorsze były bóle parte. Umysł walczył i się im nie poddawał. Niby parłam, ale nie oddawałam się temu bez reszty… potem jak były nie do wytrzymania puściły blokady i parłam tak, że myślałam, że wylatują mi wszystkie wnętrzności… Już nie robiłam przerw drąc się, że nie dam rady, że nie wytrzymam bólu, charczałam jak goryl atakujący kogoś tam… Parłam z całej mocy, byle mieć to za sobą…
Po, dowiedziałam się, że w między czasie badał mnie Zwierzyński… ale nie zapamiętałam tego jako traumy… miałam tego dnia szczęście, że to nie on nadzorował mój poród tylko jakiś młody lekarz. W między czasie Maciuś jadł Marsa, co zwróciło uwagę Zwierzyńskiego, ale pozytywną. Zresztą ja też miałam ochotę coś zjeść…

494512_stork.jpg

Tak parłam, że w końcu moja Gaja ujrzała światło dzienne. Czułam jak mnie nacinają, ale w tym momencie pomyślałam jedno: Tnij ile chcesz, tylko wyciągaj już to dziecko…!!! Zresztą zaczęło słabnąc tętno dziecka, więc chciałam jej przyśpieszyć koniec męczarni.
I wyjęli… o 12.50, a ja zaczęłam wyć, ryczeć, śmiać się i wszystko razem z poczucia ulgi, niedowierzania, szczęścia. Tysiące odczuć na sekundę… Trudno to ogarnąć…
Gaja wydała mi się dziwnie sina, ale nie miałam siły o tym myśleć, stwierdziłam, że skoro jest na sali Maciek zajmie się wszystkim i pomoże Gajce… a ją szybko wzięli na badania, było tam tylu ludzi, że się zaniepokoiłam, czy coś jej nie dolega… Ocenili ją 9 na 10. Odjęli 1 punkt za skórę, która szybko nabrała normalniejszych kolorów.

W między czasie urodziłam łożysko. Bóle parte przy tym to lajcik… na odwrót… nic nie pobije bólów partych, każdy inny ból to bólek…

Po chwili położyli mi Gaję na brzuszku. Była taka mięciutka i gładka… cudo. Niesamowite uczucie. Nie miałam obaw by ją trzymać, że jej coś zrobię, jakbym ją przytulała od lat. Uważałam mocno, żeby mi się nie ześlizgnęła. Nie zanosiło się na to, ale czuwać trzeba…

Po fakcie stwierdziłam, że dobrze jest dać dziecko pacjentce, żeby odwrócić jej uwagę od szycia… Bolało, ale uznałam, że skoro przetrwałam poród to i to wytrzymam… Na szycie Maćka wyprosili. Ja miałam wrażenie, że niby małe nacięcie, ale zszywali mnie około godziny.

Gajka była spokojniutka…

Długo nie byliśmy razem na sali z Maćkiem, bo w ten dzień było dużo porodów więc nas wyprosili. Mnie i Gaję położyli na łóżko i wywieźli na położniczy. Od tej pory Maciek miał ograniczone możliwości oglądać swoją córeczkę z bliska. Mi było z tym ciężko…
Po porodzie nie omieszkałam podziękować wszystkim lekarzom, za pomoc przy porodzie. Uważam, że byli bardzo przyjaźni i mili. Jak z reklamy!

Maciek sprawdził się w chwili porodu i niesamowicie mi pomógł. Nie musiał nic robić, wystarczy, że był. Ale pewnie nie każdy tata tak się spisuje na porodówce.

849793_just_a_flower.jpg

Mimo, że od porodu minęło już trochę czasu pamiętam swoje ogólne wrażenie… świadomie nie zdecyduję się na coś podobnego drugi raz. Mimo, że poród miałam szybki i w mniemaniu wielu lekki to, co doświadczyłam nie wydaje mi się naturalne, mimo, że jest…
Z szacunkiem chylę czoła przed wszystkimi mamami, bo w jakimś procencie wiem, co przeszły (każdy inaczej to odbiera). Pewnie w krajach islamskich ukamienowaliby mnie za to, ale apeluję do bocianów - Wy przynoście dzieci…:)

Ciekawostki

Zanim zrobiliśmy test ciążowy dzień wcześniej byliśmy na spotkaniu promocyjnym z Elżbietą Dzikowską (marzec 2007). Po tym spotkaniu ustaliśmy, że test wykonamy następnego dnia. Nasze przypuszczenia potwierdziły się. Gajka zamieszkała w moim brzuszku…
Ale to nie koniec…
Idąc w październiku ulicą Szeroką ponownie zobaczyłam plakaty reklamujące spotkanie z panią Elżbietą Dzikowską na 8.11.2007 roku i miałam takie wewnętrzne przeczucie, że następnego dnia urodzę, że to spotkanie zamknie pewien cykl…
Jak było sami wiecie… może jestem Czarownicą?…