Gajka
Anna Bikont, Joanna Szczęsna
Opowieść o Gajce Kuroń i jej mężu Jacku, o ich miłości, o listach z i do więzienia i o śmiertelnej chorobie, która zabiła Gajke wkrótce potem, jak wypuszczono ją z obozu dla internowanych
Ci wszyscy, którzy latem 1982 roku widywali Grażynę Kuroń, przez męża i przyjaciół zwaną Gajką, pamiętają, że wyglądała wyjątkowo pięknie. Rumiana, uśmiechnięta, szczęśliwa, że wypuszczono ją z obozu internowania
Męża nie widziała prawie pół roku - od 11 grudnia 1981 r., kiedy to wyjechał do Gdańska na posiedzenie Komisji Krajowej "Solidarności". Byli dwadzieścia trzy lata po ślubie, ale jeszcze nigdy nie rozstali się na tak długo: nawet jak odsiadywał swoje wyroki, mieli przecież widzenia.
- Przez ten czas, kiedy moja żona siedziała w Olszynce, Gołdapi, Darłówku - opowiada Jacek Kuroń - na widzenia do mnie przychodziła jej siostra, Ewa. Dzięki niej miałem informacje, bo nasze listy przetrzymywano, przychodziły rzadko lub wcale. Tęskniłem okrutnie, aż tu któregoś dnia na początku lata przyjechała do mnie do Białołęki sama Gajka. Piękna, opalona, pełna życia. Miała przerwę w internowaniu ze względu na stan zdrowia, czekał ją jakiś zabieg w wolnościowym szpitalu.
W obozie już od miesięcy czuła się źle, ale chciała szybko zdrowieć, przejąć obowiązki siostry, zacząć żyć w znanym od lat rytmie wyznaczanym przez kolejne odsiadki Jacka: przygotować paczkę, zanieść list do prokuratury, żeby szybciej doszedł, jechać na widzenie.
Przyjaciółka Kuroniów, Anna Dodziuk, odwiedziła Gajkę, kiedy akurat wybierała się do Jacka na widzenie. - Wyglądała jak uskrzydlona - wspomina. - Cała jaśniała. Z taką twarzą dziewczyny idą do ślubu.
Widzenie w ogóle możliwe
"Już, już byłoby dobrze - pisała Gajka do syna Maćka 15 czerwca 1982 roku, gdy w łódzkim szpitalu zdecydowano, że zabieg nie jest potrzebny - gdyby nie Marek Edelman. W drodze na obiad na moją cześć usłyszał, że kaszlę. Zawrócił pod szpital i zarządził prześwietlenie. Dowcipkowałam, kiedy wpadła lekarka z kliszą i mówi: >Chyba popsute zdjęcie, bo to niemożliwe<. Zdjęcia powtórzyli, ale żadne nie chciało być lepsze".
"Jedyny mój - pisała tego samego dnia do Jacka. - Pewnie jutro biegłabym na dodatkowe widzenie, a tu prątki Kocha albo inne niezidentyfikowane jeszcze wirusy zastawiły drogi, barykady, zasieki. Mam obustronne zapalenie płuc z zaciekami na całych płatach ze zrostami, pewnie trwające już 3-4 miesiące na tle infekcji gruźliczej bądź wirusowej, dopiero do ustalenia. Zapakowano mnie do łóżka, bo uznano, że jeszcze krok, a wywalą mi dziury i skończę jak Waryński".
Listy do więzienia idą długo, panika rośnie szybko. "Przestały przychodzić wiadomości - pisał Kuroń w autobiograficznej książce "Spoko, czyli kwadratura koła". - Wiedziałem, że zabieg ma być drobny, ale wbrew temu, co wiedziałem, zaczął się we mnie rodzić strach. Potworny, narastający z godziny na godzinę. Czułem, że nadchodzi jakieś wielkie zło".
Internowany Jan Kelus, który akurat wychodził z Białołęki, obiecał, że sprawdzi, co się dzieje z Gajką.
- Powiedziałem mu, że nie mogę znieść niepewności - wspomina Jacek. - Że moja mama umarła na raka, że nasza przyjaciółka Wanda długo umierała na raka. Przecież gdy Gajka rodziła, zwijałem się w domu w bólach, które ustąpiły w momencie narodzin naszego syna Maciusia. A teraz czułem, że umieram.
Kelus przysłał gryps, że Gajka nie miała badań wskazujących na podejrzenie raka. Edelman przysłał gryps: że co prawda diagnozy nie ma, ale o leczenie nie ma się co obawiać. Uspokajające listy słała też Gajka.
"Naprawdę to nie rak - pisała przyłączona do kroplówki, przez którą sączyło się 30 mln jednostek penicyliny dziennie. - Konsultują mnie najlepsi lekarze Łodzi. Jestem świadkiem lekarskich sporów. Proporcja głosów 4:1. Cztery za gruźlicą i samotny głos Marka za bakteryjnym zapaleniem płuc. Teraz rozumiem, że ta słabość, z którą walczyłam, i której nie mogłam zaakceptować w Darłówku, to było choróbsko, którego tamtejszy lekarz nie leczył, bo nie raczył wziąć słuchawek do ręki, mimo że mu mówiłam, że czuję się jak podczas zapalenia płuc. Jedno jest pewne: na to się nie umiera, więc się nie zamartwiaj. Przyjmij, że Marek jest geniuszem w te klocki i wyciągnie mnie w jak najlepszym stylu. Obiecuje nawet, że w lipcu zawiezie mnie do Ciebie do Białołęki".
"Widziałeś, że zdrowieję, z każdym dniem jest trochę lepiej, oddycham łatwiej, rzadziej kaszlę. Już niedługo będę zdrowa, będę do Ciebie biegała, nosiła paczki. Chcę ci przekazać moją pewność, moją wiarę. Chcę, żebyś był spokojny" - pisała po widzeniu w lipcu.
"Widziałam Cię znowu. Taka się czuję szczęśliwa, obdarowana przez Ciebie, wyróżniona Tobą. Kiedy w zwyczajność życia wchodzisz Ty, wszystko się zmienia" - pisała w sierpniu.
"Konsultuję zawartość paczek dla Ciebie przez telefon. Może Bóg da, że następną będę mogła przygotować sama. A jak nie następną, to tę pierwszą kolejną po niej" - pisała we wrześniu.
We wrześniu się nie widzieli. Wraz z dziesiątką KOR-owców i liderów "Solidarności" 2 września Kuroń z internowanego przeistoczył się w regularnego więźnia. Wszczęto przeciwko nim śledztwo i z Białołęki przewieziono na Rakowiecką. Naczelna Prokuratura Wojskowa 15 września pisała do Grażyny Kuroń: "W odpowiedzi na list informujemy, że uzyskanie widzenia z Jackiem Kuroniem w ogóle jest możliwe. Niemniej z uwagi na obecne stadium śledztwa, jak i pobyt obywatelki w szpitalu w Łodzi, pozytywne załatwienie widzenia musi być przełożone na później".
W październiku widzieli się przez jedną małą chwilkę. Jacek zdążył tylko podarować jej różę i już eskortujący go esbecy zabierali go z powrotem do więzienia. Było to w kościele św. Jozafata na Powązkach, w czasie pogrzebu Henryka Kuronia. Różę zerwał Jacek z wieńca żałobnego. Pomyślał, że Gajka jest blada, źle wygląda. Ale wytłumaczył sam sobie, że trudno dobrze wyglądać na pogrzebie, że to nie z choroby, ale z kłopotów. W końcu miała już za sobą pięć lat jego więzienia (a nie wiadomo, ile przed sobą) i syna odchodowanego na tyle, że też już go posadzili.
Kiedy tego ranka wszedł do celi klawisz i kazał szykować się do golenia, Jackowi zamarło serce. A potem strażnik spytał: - Wie pan, na jaki pogrzeb pan jedzie?
- Padło słowo "pogrzeb" i lęk, co czaił się we mnie, skoczył mi do gardła - opowiada. - Kiedy usłyszałem "pogrzeb ojca", ucieszyłem się. Wypełniała mnie przedziwna mieszanina uczuć: wdzięczność do taty, że to on umarł, a nie Gajka, i wstyd, że się z tego ucieszyłem.
Dziewczynka z warkoczem
Kiedy Jacek za napisany wraz z Karolem Modzelewskim "List otwarty do PZPR" poszedł do więzienia, Gajka miała lat 25, a Maciuś - pięć. "Wysłałam pieniądze - pisała 5 kwietnia 1965 roku debiutując w roli żony więźnia politycznego. - Żałuję, że tak późno, ale nie wiedziałam, że 100 zł, które miałeś przy sobie, musiało iść do depozytu. Błędy wynikają z braku obycia z tą problematyką. No, ale będę się doskonalić". Jacek jednak uważał, że od początku była doskonała: "Zawartość pierwszej paczki była z kryminalnego punktu widzenia absolutnie wspaniała (rosół z drobiu czyni jadalną każdą zupę). Pomysł z moją pracą naukową i dentystą - świetny. Wszystko, co piszesz, wskazuje, że zostałaś stworzona na żonę kryminalisty".
Jej paczki to prawdziwe arcydzieła kaloryczności i urozmaicenia: biszkopty na samych jajkach (bo pożywne), starannie wysuszone (bo mieści się więcej), schab udający smalec, banknoty stuzłotowe w wafelkach. Tę jej doskonałość jako żony kryminalisty Stanisław Barańczak unieśmiertelnił w napisanym po jej śmierci wierszu.
Pamiętać o papierosach. Żeby zawsze były pod ręką,
gotowe do wsunięcia w kieszeń, gdy znowu go zabierają.
Znać na pamięć przepisy dotyczące paczek i widzeń.
Sztukę zmuszania mięśni twarzy do uśmiechu.
Jednym chłodnym spojrzeniem gasić wrzask policjanta,
zaparzać spokojnie herbatę, gdy oni bebeszą szuflady.
Z obozu albo szpitala słać listy, że wszystko w porządku.
Tyle umiejętności, taka perfekcja. Mówię poważnie.
Chociażby po to, aby się nie zmarnowały,
nagrodą za to wszystko powinna być nieśmiertelność,
a już co najmniej jej wybrakowana wersja, życie (…)
Wyrok - trzy i pół roku - zapadł w dziesiątą rocznicę ich poznania. "Drętwieję ze strachu - pisała tego dnia - że mogłam Cię nie spotkać. Z perspektywy lat nie wymigamy się od teorii przeznaczenia, bo przecież wtedy, dawno temu, kiedy nosiłam warkocze, Ty byłeś dorosły".
- Nie tylko Gaja, wszystkie moje siostry - opowiada Ewa Dobrowolska - to kobiety jednego mężczyzny. Gaja patrzyła na świat oczyma Jacka. Koło niego zawsze był tajfun i czasem myślę, że kiedy on szedł do więzienia, ona zażywała trochę spokoju, oddawała długi, kupowała coś do domu.
Jacek pamięta ten obóz harcerski walterowców w Wolinie w lipcu 1955 roku, na którym poznał piętnastoletnią Gajkę. Już na miejscu okazało się, że brakuje łóżek i koców. Cały wieczór szykowali spanie dla dzieci, kadrze obozowej pomagało kilka starszych dziewczyn. Potem Jacek ruszył na obchód. Tu coś poprawił, tam przykrył kogoś kocem. W końcu przyszedł do zastępu, gdzie nic nie było do poprawienia, a na plecaku w kącie spała jedna z tych dziewczyn. Zbudziła się i Jacek spytał, czemu nie przyszła tam, gdzie zebrała się kadra.
- Nie chciałam wam zawracać głowy - usłyszał.
- Masz pewnie młodsze rodzeństwo i jesteś najstarsza w domu - powiedział. Przytaknęła.
- My się zawsze czepiałyśmy Gajki - opowiada Ewa - bo miała pomysły, jak się z nami, młodszymi siostrami, bawić. Kiedy szła za mąż, moje koleżanki myślały, że w domu przydarzyło się jakieś nieszczęście, tak płakałam.
Tamtego wieczoru w Wolinie Jacek pierwszy raz wziął Gajkę za warkocz. Potem na naradach kadry już zawsze siadał obok niej, bawił się warkoczem, a później przejmował się, że zarzucano mu faworyzowanie Gajki.
Dziesięć lat później, siedząc w więzieniu, wspominał tamto lato: "Kiedyś wiatr ruszył płótnem namiotu, a mnie się zdawało, że to Twój warkocz. Przez chwilę byłem szczęśliwy, a potem obudziłem się z uczuciem potwornego pragnienia. Pragnąłem być blisko Ciebie. Wtedy wystarczyło przejść parę kroków, ale trudno było je przejść. I nikt nie mógł wiedzieć, czy to właśnie my jesteśmy połówkami jednego jabłka".
"Jest coś takiego między ludźmi - pisał w "Wierze i winie", książce-wyznaniu o tym, jak doszedł do komunizmu i jak się z niego razem z Gajką wyzwalał - że kiedy zaczyna się miłość, to przylatuje anioł, którego nikt nie widzi oprócz tych, co się kochają. Ja czułem tego anioła, ale nie miałem odwagi powiedzieć, że to miłość".
- Myślałem wtedy o sobie, że jestem stary - mówi. - Że muszę uważać, żeby jej nie skrzywdzić. Że nie należy uwodzić małych dziewczynek.
- Tylko w swojej wyobraźni Jacek był tym dorosłym facetem zakochanym w dziewczynce - mówi Ewa Milewicz, która była w walterowcach, a potem działała z Kuroniem w KOR-ze. - Przecież on sam miał wtedy niewiele ponad dwadzieścia lat. Oni razem współrośli.
Po tym lipcowym turnusie miał być następny, ale Gajka przyszła do Jacka, by mu powiedzieć, że nie zostanie.
- Dlaczego? - spytał.
- Bo cię kocham, a nie mam szans.
Nie widywali się przez rok, ale Jacek czasem jeździł na Mokotów, stawał pod jej domem i patrzył w okna, za którymi ona - pilna uczennica - odrabiała lekcje.
- Miałyśmy szczęście rosnąć w normalnym, ciepłym domu - opowiada Ewa. - Tata był z nas, swoich czterech córek, bardzo dumny. Lubił powtarzać, że nikt nie ma takich pięknych, mądrych i dobrych córek jak on. Udzielał nam lekcji fokstrota, polki, tanga, wyobrażał sobie, że przygotowuje nas na bale.
Karol Modzelewski powiedział kiedyś, że Kuroń ma wielkie talenty wychowawcze, zwłaszcza w dziedzinie chowania sobie żony. Dziś dodaje: - Prawda, mówiło się, że wychował sobie żonę, tylko że wychował ją sobie do tego, żeby to ona jego wychowywała. Młodsza o sześć lat Gaja była dla niego autorytetem moralnym.
- To Gajka mnie stworzyła, wszystko, co we mnie dobre, mam z niej. Omawiałem z nią wszystkie ważne decyzje. Powiedziała: "dobrze", znaczy "dobrze", mówiła: "źle", znaczy "źle", a jeśli Gajka się wahała, należało się wahać - opowiada Kuroń
Teresa Bogucka, która należała do kręgu warszawskich studentów organizujących wiec 8 marca 1968 r.: - Dla nas Gajka, którą odwiedzaliśmy, kiedy Jacek siedział w więzieniu, była bardzo ważną osobą - jedyną ze świata dorosłych, która uważała, że to my buntując się mamy rację. Wszyscy inni próbowali nam tłumaczyć, żebyśmy sobie dali spokój, bo to się źle dla nas skończy.
Na miarę marzeń
Staranne, czytelne pismo Gajki, pokreślone, kulfoniaste, miejscami nieczytelne pismo Jacka - kilkaset ich listów, rozdzielonych foliowymi koszulkami, spoczywa dziś w archiwum Fundacji "Karta". Nie jesteśmy ich pierwszymi czytelnikami: nim trafiały do adresatów, czytali je prokuratorzy, cenzorzy, ubecy, funkcjonariusze więzienni. Pierwsze listy pochodzą z lipca 1958 r. Ona wtedy zdawała na fizykę (pod jego wpływem zamieni ją na psychologię), on był na obozie wojskowym. Kilometrami ganiali go w pełnym ekwipunku, ale wystarczyło, by ogłoszono pięć minut przerwy, a zaraz wyjmował zeszyt i pisał do niej. "Istotą człowieczeństwa jest bunt. Jest w człowieku taki bakcyl niezgody na zło. Im mocniejszy, tym mocniejszy jest człowiek. Nie zgodzę się na konformizm w żadnych warunkach. Tu nie chodzi o zmianę, naprawę wojska. To, co tu robię, ma sens dla mnie".
W czerwcu 1976 r., po Radomiu i Ursusie, Jacka na wszelki wypadek znów powołano do wojska. "Miałam złe sny - pisała Gajka. - Wracał motyw Ciebie znikającego w lesie, ja szukałam, wołałam. Ty migałeś mi w gęstwinie, nie dawałeś znaku i traciłam Twój ślad. Miałam przy sobie zeszyt na listy do Ciebie. Kartki się kolejno wyrywały i tonęły w bagnie. Obudziłam się tak przestraszona, że nie byłam w stanie pisać do Ciebie".
Zapewniali się w listach o bezgranicznej miłości i stawiali sobie nawzajem wielkie wymagania. Kiedy aresztowali go w maju 1977 r., Gajka dzieliła dzień między pracę, wychowywanie syna, dorabianie, załatwianie KOR-owskich interesów i wystawanie po urzędowych korytarzach, by uzyskać zgodę na widzenie czy dodatkową paczkę. A on ją namawiał, żeby jeszcze robiła doktorat.
"Nie ma mowy - odpowiadała. - Kiedy byliśmy we dwoje, mało mieliśmy czasu na czytanie, bibliotekę, spokojniejsze pomyślenie. Tylko Ty przy swojej niezwykłej umiejętności koncentrowania się mogłeś w naszym domowym rozgardiaszu pracować. Ja muszę mieć spokojną głowę. A tu telefony od świtu do późnej nocy. Czasami mam poczucie, że oduczyłam się spać".
On z więzienia prosił, żeby wyjechała na wakacje, ona się broniła: "Nie chcę sobie wyobrazić, co by było, gdyby Cię puszczono, a ja dowiedziałabym się za kilka godzin czy dni. Zazdrościłabym wszystkim, którzy widzieliby Cię wcześniej. Chyba umarłabym z zazdrości".
- Przy Gajce odkryłem, na czym polega miłość - opowiada Jacek. - Trzeba się stać takim, jakim ta druga osoba chce cię widzieć. Wiedziałem, że Gajka mnie sobie wymarzyła innego, lepszego. I z całej siły starałem się taki być. Kiedy po ślubie powiedziała, że się rozczarowała, bo za mało czytam, zaraz zwiększyłem liczbę czytanych książek. Uważała, że gdybyśmy musieli się wstydzić naszego życia - zabilibyśmy naszą miłość.
Pisał do niej:
"Staram się być na miarę Twoich marzeń, żebyś się na mnie nie zawiodła".
"Nastawiałem się tylko na to, żeby przetrwać więzienie. Ty kazałaś się nastawić na to, żeby jak najwięcej skorzystać z tego czasu".
"Straszne kłopoty i zmartwienia zwaliłem na Twoje plecy. Gdyby nie to, mógłbym powiedzieć, że jestem szczęśliwy i zadowolony ze swego losu".
Pisała do niego:
"Kiedy byliśmy razem i wracałam do domu wieczorem, z niepokojem patrzyłam w okno. Nie myślałam, że może Cię nie być przez tydzień, miesiąc, rok. Bałam się, że ten wieczór nie będzie nasz. Teraz duszę głęboko tęsknotę, a raczej przetwarzam ją na świadomość tego, że jesteś mój. I z tego czerpię radość".
I zaraz zaklinała go, żeby się nie martwił, że ona się martwi, bo się nie martwi, "potrafi czekać i woli takie czekanie od każdego innego wyboru życia".
***
A jednak Jacek się martwił. Tym, że za jego decyzje płaci ona i Maciek. Kiedyś ktoś uświadomił mu, że jego niepokorne zachowania mogą się odbić na finansach rodziny, że nie pozwolą mu zarabiać.
Jacek na to: - Gajka skończy studia i zacznie pracować.
- Z moralnych względów nigdy się nie zgodzisz - oświadczył znajomy - żeby żona cię utrzymywała.
"Cóż za brednia - komentował tę wymianę zdań w liście do Gajki. - Z całym obiektywizmem rozważam sobie tę sprawę. I nie mam żadnych skrupułów, żeby być na Twoim utrzymaniu. Ty przecież jesteś ja".
Ale czasem miał wyrzuty sumienia. Nie, że ona zarabia, ale że on za dużo wydaje. "Chcę, żebyśmy mieli pieniądze, żebyś się ubierała - pisał - a wydaję całą forsę. Nawet mnie nie stać na zobowiązanie, że będę pił mniej kawy. Ale jakieś zobowiązanie złożę. Przyrzekam, że bez ważnej i trudnej sytuacji nie będę jeździł taksówką".
- Kiedy siedziałem w więzieniu, wydawało mi się, że tęsknota za Gajką to coś nie do zniesienia. Dziś wiem, że taka tęsknota, o której się wie, że się kiedyś skończy, to piękna rzecz - mówi Jacek
Kiedy Gajka skończyła studia, miała nadzieję zostać na uczelni, ale jako żona Kuronia nie miała szans. Brała chałtury, dostała pracę w poradni wychowawczo-zawodowej na Pradze, później na żoliborzu. Pracowała tam kilkanaście lat. Czasem nasyłano kontrolę, szukano pretekstu do zwolnienia, ale pokontrolne sprawozdania nieoczekiwanie stawały się peanem na cześć jej pracy.
Gdy latem 1982 r. znalazła się w szpitalu, koleżanki z pracy przyjęły kogoś na jej miejsce, pod warunkiem że odejdzie natychmiast, jak Gajka wróci. Podpisano z nią zresztą umowę tylko na tak długo, na jak długo opiewało zwolnienie lekarskie Gajki.
Jacek: - Do jej poradni była kolejka z całego miasta. Mówiono o niej, że była geniuszem słuchania.
Kapitan okrętu i narzeczona marynarza
Mieszkali na Żoliborzu u rodziców Jacka, we trójkę z Maćkiem w jednym pokoju.
Teresa Bogucka: - Każdy o każdej godzinie mógł tam wejść bez pukania. Organizowałam Gajce wagary od KOR-owskiej codzienności, zdobywałam bilety do teatru, wyciągałam na spacer, raz wyrwałyśmy się na tydzień do NRD.
- Gajce można się było zwierzać - mówi Ewa Dobrowolska. - A ona była tak naprawdę typem samotnicy, skryta, jak mama i siostry. Nigdy nie prosiła o pomoc.
- Była osobą głęboką emocjonalnie i opanowaną - wspomina Modzelewski. - Może i miała jakieś słabości, ale nigdy nie miałem okazji ich zobaczyć.
Ewa Milewicz: - To był dom, gdzie Jacek był najważniejszy, bo albo siedział, albo właśnie wyszedł z więzienia.
Maciek Kuroń: - W 1964 r. była u nas rewizja i jak tatę zabierali, powiedział, że wyjeżdża daleko i mam się opiekować mamą, miałem wtedy cztery lata. Potem już zawsze powtarzał to na widzeniach.
Paula Sawicka: - Jacek różne rzeczy robił dla Gajki i tylko dla niej. Na przykład nie buntował się przeciwko chodzeniu na suknach i jedzeniu sałaty.
W każdej sprawie Gajka stawała murem za Jackiem. W jednym się z nim nie zgadzała: on uważał, że ubekowi, który przyszedł na rewizję, należy zrobić herbatę, bo trzeba widzieć w nim człowieka, a Gajka się zapierała, że to nie jej goście. On z nimi konwersował, a ona pokazywała im surową, nieprzystępną twarz i nie podawała krzesła. Dla niej to byli prześladowcy Jacka.
- Wzorowałam się na ich małżeństwie - opowiada Paula Sawicka. - To od Gajki nauczyłam się, że w domowe ognisko trzeba dmuchać, żeby dawało ciepło. Powielaliśmy nawet ich relacje z ubekami. Ja na nich warczałam, a mój mąż Mirek ściągał z pawlacza walizkę, żeby mieli w czym wynieść zarekwirowane książki.
- Gajka miała w sobie - mówi Ewa Milewicz - miękkość i stal, dwie fantastyczne cechy, jeżeli się nad nimi panuje. Kiedy sprawa dotyczyła Jacka, szła jak czołg. W Sierpniu pojechała do Stoczni, żeby nie zapomnieli przy podpisywaniu Porozumień, że jej mąż siedzi. Moja przyjaciółka miała męża alkoholika i uważała, że on nie powinien uczestniczyć w opozycji, bo łatwo go można szantażować. Przyszła do Jacka prosić, żeby go o tym przekonał. I wtedy odezwała się Gaja: "Każdemu z nas coś jest, a ktoś to musi robić". Prawda, każdy z nas coś miał, chore dziecko albo otwarty przewód doktorski.
- Mieszkanie Kuroniów - ciągnie Ewa Milewicz - to było biuro. Jak Jacka posadzili w Sierpniu, Gaja przejęła całą organizację, ustalała dyżury przy tzw. księdze pokładowej, gdzie notowano zatrzymania i inne represje. Kiedy Jacek siedział, ona była kapitanem okrętu.
Nie wiadomo, jak i kiedy, ale Gajka prowadziła normalny dom, w którym zawsze było coś do jedzenia, choćby nie wiem ilu przyszło niezapowiedzianych gości. Gdy wychodziła za mąż, umiała tylko ugotować wodę na herbatę, teraz piekła ciasta, robiła wspaniały pilaw, smażyła wielkie ilości mielonych kotletów.
- Nasz dom rodzinny był absolutnie antypedagogiczny - wspomina Ewa Dobrowolska. - Mama robiła wszystko sama, nas w ogóle nie wpuszczała do kuchni, kochała gotować, po niej Maciuś odziedziczył talent.
***
Po Sierpniu Jacek był wielkim nieobecnym, albo był w Gdańsku w siedzibie związku, albo w jakichś innych rozjazdach. Gaja była wtedy bardzo sama.
- Zaglądała do mnie, gdy wychodziła z psem na spacer, a Jacka nie było w Warszawie - mówi Ewa Milewicz. - Wracał po dniu albo dwóch, albo po tygodniu, i nie dawał wcześniej znaku, kiedy wróci. Wystarczyło jednak, żeby wrócił i znalazł ją u mnie, żeby biegła do domu, jakby była narzeczoną marynarza, który wrócił z dalekiego rejsu.
Do tego mieszkania pełnego dysydentów, bibuły, a od czasu do czasu milicji, przychodziły na okrągło dzieci. To były dzieci z podwórka, pukały: "Pani da się pobawić z pieskiem". Jednym z tych dzieci był nasz kolega redakcyjny Adam Wajrak.
- Stałym elementem naszego podwórka - mówi - był miły starszy pan, który siedział przed domem na fotelu, to był tata Jacka, i pani z pieskiem, zapamiętałem ją jako piękną Indiankę, to była pani Gaja. Jacka nie pamiętam, pewnie siedział. W stanie wojennym nie było źle, dłuższe ferie, czołgi do oglądania, dzieci formujące się w drużyny ZOMO i "Solidarności" i obrzucające się śnieżkami. Tylko z mieszkania na parterze najpierw zniknął pies, ktoś powiedział, że otruli go ubecy. Potem umarł starszy pan. A potem, pamiętam, rodzice powiedzieli: "Oni panią Gajkę zabili". Gdy później, już jako licealista, wspomagałem kampanię wyborczą Jacka Kuronia, obraz pięknej pani już mi się zatarł. U Jacka w pokoju wisi jej pastelowy portret, zawsze siadam tak, by go widzieć.
Mnie znają prawie wszystkie
- W pierwszy dzień stanu wojennego - wspomina Paula Sawicka - poszłam do Gajki, a ona mówi: "Zabrali mi jednego chłopa, zabrali drugiego chłopa, ale przynajmniej wyrwałam im pokwitowanie na Maciusia".
"Jak zwykle, kiedy się tu dostaję, zaczynam okrutnie tęsknić za Tobą - pisał Jacek 15 grudnia 1981 roku z więzienia w Strzembielinku. - Dzięki temu nasza miłość nie powszednieje. Choć może i bez tego umielibyśmy ocalić ją od zszarzenia. Nie dali nam jednak tego popróbować". Tego samego dnia Gajka zaczęła robić do więziennej paczki dla niego i Maćka ciepłe kapcie na drutach - bo nigdzie nie można było dostać kapci. Wtedy właśnie przyszli ją internować. Zajęło im całe dwa dni, by zrozumieć, że zawsze, gdy Jacek szedł do więzienia, ona ciągnęła jego sprawy. Tak było w roku 1965, 68, 77, 80. Może zatem potrzebowali nie dwa dni, ale piętnaście lat, żeby docenić Gajkę?
Zaraz potem, w liście z Olszynki Grochowskiej, prosiła, żeby Jacek koniecznie napisał o prawach, jakie mu przysługują, bo przecież ona kiedyś wróci do domu i musi to wiedzieć. Cieszyła się, że dzieli ten sam los. Internowanie, tłumaczyła mu, ma tylko jeden minus: nie może zajmować się paczkami dla niego i jeździć na widzenia. W styczniu 1982 r. pisała z obozu w Gołdapi: "Nie znam imion wszystkich dziewczyn, bo jest nas około 250. To taki duży obóz harcerski. Mnie znają prawie wszystkie, nie moja to zasługa".
Danuta Stołecka, internowana wraz z Grażyną, mówi, że dla niej każdy list od Jacka to było święto. Pocztę przynoszono do stołówki, ale ona jej tam nie czytała. Wracała do pokoju, zasłaniała dostęp do łóżka fotelem, robiła parawan i wtedy dopiero otwierała kopertę.
- Zmobilizowana, pogodna, dzielna - opowiada Danusia - skupiała się nie na nas, opozycyjnych znajomych, ale na młodszych internowanych, była ich drużynową.
"Chyba pomagam swoją pogodą innym, bo lgną do mnie, wygrzewają się w moim ciepełku - pisała Gajka do Jacka. - Nie nadążam z życiem towarzyskim. Jestem nim nawet zmęczona. Ale poczucie służby każe się wziąć w garść".
Po raz pierwszy wspomniała Jackowi o swojej chorobie w liście z 21 maja. Pisała, że drugi miesiąc ma wysokie OB, co świadczy o stanie zapalnym, że bierze już drugą serię erytromycyny, bo po pierwszej się nie poprawiało. Martwiła się, że bez badań szpitalnych, bez diagnozy leczenie będzie nieskuteczne.
Żyjmy, jak umiemy najpiękniej
- Było takie zebranie, dosłownie kila dni przed stanem wojennym, na którym powoływano Kluby Samorządnej Rzeczypospolitej - opowiada Marek Edelman. - Na sali półmrok, obok mnie Gaja, cała w rumieńcach. Pytam, co jej jest, mówi, że przeziębiona. Pamiętam, że już wtedy poczułem niepokój. A kiedy pół roku później zobaczyłem jej rentgen, od razu wiedziałem, że to śmiertelna choroba: zwłóknienie płuc.
Pierwsza oficjalna wersja głosiła, że to gruźlica. "Wyobraź sobie - pisała Gaja do Jacka - że Edelman, który sam chorował na gruźlicę, wymyślił, że mnie rzucisz, jak się dowiesz, że jestem gruźliczka. Dlatego zakazał mówić o gruźlicy, podtrzymuje nawet dla KS MO wersję zapalenia płuc. Dla niego, chorującego na gruźlicę w 1947 roku, to straszna choroba, która na równi z żydostwem komplikowała życie i nie można jej było zaakceptować. Z drugiej strony, to wzruszające, bo gotów jest chronić czyjeś szczęście nawet wbrew rozsądkowi. Na wyrost proszę, nie rób mu w przyszłości wymówek, nie czuj się dotknięty, zrozum intencję".
Oprócz gruźlicy mówiło się też o Klebsielli, to jest bakteryjnym zapaleniu płuc. Bakteria - to nie brzmiało groźnie, w końcu są antybiotyki. Z drugiej strony jednak, że coś jest nie tak, można się było domyślać po reakcjach Edelmana.
Po opuszczeniu szpitala Gajka przeniosła się do niego i zajęła najlepszy pokój w jego mieszkaniu. Nie pozwalał, by robiła sobie sama herbatę. Musiała przed nim chować swoją bieliznę, żeby jej nie uprał. Wychodząc do pracy, potrafił pod stołem czy łóżkiem umieścić kontrolny kłak kurzu, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie wstała pozamiatać.
Kiedy przyjaciele pytali, czy to rak, Edelman odpowiadał: "gorzej", więc kto chciał, mógł się był domyślić, ale nikt nie chciał przyjąć tego do wiadomości.
- Jacek spytał mnie w grypsie - mówi Edelman - co jest Gajce. Uważałem wtedy, że mam dwójkę pacjentów, ją - chorą na płuca, i jego - na więzienie. Odpowiedziałem, że jest ciężko chora, ale nigdzie nie będzie leczona lepiej niż w Polsce. Nie mogłem powiedzieć prawdy wprost. On zresztą chyba i tak nie byłby w stanie jej przyjąć.
- Mnie od razu powiedział - wspomina Ewa Dobrowolska - że Gajka umrze, ale ukrywaliśmy to przed Jackiem. Mimo to on coś czuł i był gotów jechać z nią za granicę, by ją ratować. Ale ona tego nie chciała. Miała zasady. Tłumaczyła: "Gdyby Jacek miał wyjechać za granicę na leczenie ze mną, musiałabym umrzeć, żeby dać świadectwo prawdzie, że nie stchórzył, ale chciał być ze mną do końca. A przecież nie chcę umrzeć".
- Kiedyś Ewa na widzeniu podała mi kartkę - opowiada Jacek - na której było napisane, że jeżeli chcę wyjechać z żoną na leczenie, generał Kiszczak mi to ułatwi. Nawet było to jakoś tak ujęte, że on mi to proponuje. Nie rozumiałem konwencji, ale widać należało zachować dyskrecję, skoro przeciwnik się tego domagał, napisałem: "Jeśli trzeba ratować Gajkę, zrobię wszystko".
Ale Ewa zapewniła, że według Edelmana nie jest tak źle.
- Nigdy nie widziałam jej takiej szczęśliwej - opowiada Paula Sawicka - jak wtedy, gdy dowiedziała się, że Jacek jest gotów postawić ją na pierwszym miejscu.
- On dla niej - mówi Edelman - podpisałby wszystko, a Kiszczak chętnie by go puścił. Gajka jednak nie chciała nigdzie jechać, ani sama, ani z nim, bo uważała, że jego miejsce jest tutaj i że to byłoby sprzeniewierzenie się całemu jego życiu.
"Mój kochany wariacie - pisała do Jacka - plany podróży nie podobają mi się wcale. Zmiana klimatu zresztą niewskazana. W Kruczym Borku będzie akurat, bylebyś wyszedł. Żyję, żyjemy, i mamy jeszcze trochę czasu. Przecież tego nigdy nie wiemy, ile nam zostało. Zawsze chciałam, żebyś był wspaniały. Sprawiało mi przyjemność, kiedy inni to zauważali i myśleli podobnie jak ja, i miałam za złe, kiedy niesprawiedliwie, źle o Tobie mówiono, chociaż mało mnie to bolało, wiedziałam, że nie mają racji. Żyjmy, jak umiemy najpiękniej dla siebie".
Żyć dla Ciebie
- Nasz tata, jak na tamte czasy, to się dorobił - opowiada Ewa Dobrowolska. - Każdej z nas podarował 700 dolarów. Zastanawiałyśmy się z Gają, co z tym zrobić. Miałyśmy ochotę jechać do Paryża, ale co byśmy powiedziały tacie? "Dziękujemy, że oszczędzałeś całe życie i mogłyśmy pobyć tydzień w Paryżu"? Chciałyśmy zrobić mu przyjemność, dobrze zainwestować jego pieniądze, więc kupiłyśmy ziemię w Kruczym Borku nad Narwią, żeby postawić tam domek. Gaja kochała wieś, a tata nie lubił wsi i śmiał się z nas, że kupiłyśmy hektary piasku.
Pojechały tam w sierpniu 1982, kiedy na czas remontu zamknięto oddział doktora Edelmana. Zamieszkały w chałupce Janiny Słuszniak, która od świtu paliła w piecu (żeby Gajka, broń Boże, nie zmarzła) i gotowała (bo może Gajka na coś będzie miała apetyt).
- Była tam szczęśliwa - wspomina Ewa Milewicz. - Opowiadała, że budzi się rano, a tu zając się bawi na podwórku. Ja widziałam wszędzie takie same sosny, a jak ona je opisywała, każda była inna. Maciek chyba wtedy zamierzał się żenić, bo Gajce marzyły się wnuki.
Przez miesiąc polegiwała na hamaku lub leżaku. Starała się nie zwracać uwagi na ubeków, którzy w pobliżu rozbili namiot i obserwowali ją przez lornetki. Pisała do Jacka. "Nie mogę sama podnieść koca, zaścielić łóżka, wylać wody po umyciu się, uprać majtek. Póki leżę i nic nie robię, czuję się prawie dobrze. Nie męczy oddech, nie mam ataków duszności, jestem taka prawie zdrowa. Natomiast po przejściu paru metrów, kilku schodków, umyciu jednej nogi, zjedzeniu posiłku czy innym sportowym wyczynie, muszę odpoczywać wielokrotnie dłużej niż trwa wyczyn. Czasem tracę wiarę w to, czy kiedykolwiek będę żyła bez oporu ciała, bez tych ograniczeń. Wiem, że będę, bo bardzo chcę żyć dla Ciebie i z Tobą. Muszę być zdrowa".
"Czego się dla nas boję, to Twojej kariery. Boję się, że to byłby nasz koniec. Śmieszne. Gnijesz w mamrze, a ja o karierze. Jeśli chcesz dać mi siebie, obiecaj, że nigdy nie będziesz robił żadnej kariery. Jak mi to obiecasz, będę spokojniejsza" - pisała do Jacka. - "W myśli przygotowuję się do powrotu do domu, ale boję się pustego mieszkania, bez Ciebie, Dziadka, Maćka. Czy sobie poradzę? Czy będę umiała zmobilizować się i nie zalać łzami?".
Kiedy chorzy umierają
Tego lata i jesieni na oddziale Edelmana leżały Teresa Bogucka, Ewa Milewicz, leżał Wiktor Woroszylski, który potem napisał wiersz "Pan doktor i Bóg".
Kiedy chorzy umierają Doktór przyciska czoło
do pór roku do chrapiącego miasta
i mówi Bóg tak chciał
Ale tego ranka
Doktór płacze i buntuje się Obiecałeś krzyczy
ona miała żyć przynajmniej do jego powrotu
i jeszcze trochę w odzyskanym domu jego miłości
dlaczego poskąpiłeś jałmużny cudu
odrobiny powietrza jej biednym płucom
Tam w górze Bóg
nie gniewa się na zbuntowanego Doktora
Tylko poprzez ciebie tłumaczy
poprzez twoje dotknięcie i noc
bezsenną mogę czynić cuda
i przecież staraliśmy się obydwaj
te dwa ostatnie miesiące to chyba my
I obaj
Doktór i Bóg
płaczą nad młodą kobietą
dla której wyczerpali możliwość cudu
- Ten wiersz był zbyt osobisty - mówi Edelman. - Poza tym nieprawdziwy, bo Gajka była do końca szczęśliwa, uśmiechnięta. Wiedziałem, jakie objawy będzie miała przed śmiercią i powiedziałem, że jak się stanie to a to właśnie, to znak, że zdrowieje. Pewnie myślicie, że jestem bezczelny skurwysyn, ale uważałem, że tak trzeba. Leczyłem ją objawowo, żeby się dobrze czuła. Lepiej niż u mnie nie byłoby jej nigdzie.
Robił wszystko, żeby odwrócić jej uwagę od umierania. Wysilał się na sprytne kłamstwa i wyrafinowane półprawdy. Mówił jej, że przypadki tej choroby są rzadkie i za- zwyczaj źle się kończą, a ona śmiała się, że przejdzie do historii jako rzadki przypadek. Opisywał jej przyszłość tak, by nie wzbudzić podejrzeń. Zawiózł ją do krawcowej, która miała jej uszyć kostium, tak jakby fakt, że czeka się na kostium, mógł odegnać śmierć.
- Na Zawrat to już nigdy nie wejdziesz - mówił. - Chodzić będziesz pomalutku. Trzeba ci będzie kupić małego fiata. Będziesz rencistką przez ładnych parę lat.
Myśli, że mu wierzyła, bo nie przesadzał, nie próbował obiecywać, że całkiem wyzdrowieje, przeciwnie, zapewniał, że już zawsze będzie miała kłopoty z chodzeniem, oddychaniem, że nie wróci do olimpijskiej formy.
- Powiedziałem - mówi - że ją zabiorę do Merano.
- Merano?!
- Włoska Riwiera - odpowiada za Edelmana Paula Sawicka, która wtedy w 1982 r. przyjeżdżała do Gajki co kilka dni. - Przed wojną jeździli tam na wczasy bogaci Żydzi i Marek tak wyobraża sobie raj: Morze Śródziemne, dziewczyny w organdynowych sukienkach, w dorożkach, pod parasolkami od słońca.
"Niewyobrażalne stężenie dobroci, chęci służenia, pomocy, taktu - pisała o nim Gaja. - Marek jako Archanioł, wcale nie cukierkowy, ale dobry aż do bólu. Cały personel jest tym zarażony i dlatego to nie szpital, ale niebo. Podejrzewam, że kiedy będę poza jakimkolwiek zagrożeniem, dopiero wtedy powie, czego się obawiał. A że się obawiał, tego nie umiał ukryć. Był taki wieczór, kiedy we mnie wbijał kolejny zastrzyk, a w siebie kolejny kieliszek, bo bał się iść do domu. Najgorsze mamy poza sobą. Będę szybko zdrowiała dla Ciebie".
"Nie wyobrażałam sobie - pisała 7 października - że proces zdrowienia jest tak wyczuwalny i stopniowalny. Od dłuższego czasu piszę, że zdrowieję. I ciągle co kilka dni stwierdzam, że jest lepiej. Potem jeszcze lepiej. W ten sposób metodycznie zbliżam się do normy. Nie chcą mnie jednak lekarze uznać za zdrową, twierdząc, że w ślad za poprawą samopoczucia musi iść zmiana obrazu radiologicznego płuc. A obrazek ani drgnie. Teraz, kiedy jestem poza niebezpieczeństwem, Marek przyznaje się, że koledzy po fachu, którzy konsultowali moje zdjęcia, dzwonią pytać, czy pacjentka żyje, bo sądząc z obrazka, szanse miała małe. Ja tymczasem, kiedy siedzę, leżę i wolno chodzę, nie odczuwam dolegliwości. Nie mogę jeszcze wejść na schody, schylić się, wykonywać szybkich ruchów bez zadyszki. Ale przede mną jeszcze kilkumiesięczny program zdrowienia. Czuję wiele jego objawów: apetyt, mniejsze zapotrzebowanie na sen, chęć zobaczenia ludzi, myśli o pracy".
- Jestem dumny - mówi Edelman - że nie przyszło jej do głowy, że umiera. Włożyłem w to nie tylko całą moją wiedzę medyczną, ale i moją filozofię umierania. Na czym to polega? Żeby człowiek pozostał człowiekiem, nie cierpiał, miał nadzieję, bo bez tego nie sposób żyć. Od 6 czerwca do 23 listopada niczym innym tylko tym się zajmowałem.
- Ludzie często przeczuwają, że zbliża się śmierć. Jesteś pewien, że to nie była gra na twój benefis?
- Jestem pewien. A wy co, myślicie, że byście się domyśliły, gdyby mi zależało, żeby was oszukać?
- Przez ostatnie miesiące życia Gajki - mówi Teresa Bogucka - wszyscy graliśmy swoje role. Dużo bym dała, żeby wiedzieć, co ona wiedziała naprawdę.
Ewa Milewicz: - Chyba coś podejrzewała, bo kilka razy nagle się odwróciłam i zobaczyłam, że ona tę uśmiechniętą twarz ma tylko na pokaz.
- Nie wiem, czy wiedziała - mówi jej siostra Ewa. - W pewnym momencie w szpitalu powiedziała: - Ewa, ja umieram. A ja na to: - Nie, Gaju, Marek mi wytłumaczył, niepotrzebnie otworzyłaś okno, przeziębiłaś się.
Coś, córeczko, pokręciłaś
W poniedziałek, 22 listopada, bladym świtem, do celi Jacka Kuronia na Rakowieckiej wszedł strażnik.
- Jedzie pan zobaczyć żonę, bo doktor mówi, że to pomoże w jej leczeniu.
Powieźli go do Łodzi samochodem. Nim wszedł do sali, gdzie leżała Gajka, Edelman wziął go na stronę.
- Jacek… coś ci muszę powiedzieć - zaczął.
Ale Jacek już wiedział. Przyjął z jego ręki butelkę whisky, odkręcił i wypił.
- Ona umrze, Jacek… Prędko.
Słyszał, ale chciał, żeby te słowa jeszcze nie padły.
- Kiedy? Dziś? Za tydzień? Za miesiąc? - spytał.
- Nie wiem - odpowiedział Edelman. - Tego nikt ci nie powie. Chodźmy do niej. Pamiętaj, masz się uśmiechać.
"Miała w ustach aparat tlenowy - napisał kilkanaście lat później w "Spoko". - Taka piękna. Taka mądra. Coś mówiliśmy, ale to nie miało tego znaczenia, jakie miało. Czułem się oszukany. Przecież wszystko, co robiłem, robiłem dla niej. Więzienia, >Solidarność< - też dla niej".
Gaja martwiła się, że Jackowi chce się palić, a przy niej nie wolno, więc wyganiała go na korytarz. Wiedział, że to są ich ostatnie minuty, ale chciał, żeby było tak, jak ona chce, bo on już nic nie chciał. Chciał zostać na noc, ale zabrali go do aresztu.
"Leżałem na koju - pisał - i modliłem się. Czułem, jak ciężko Gajce oddychać i prosiłem Pana Boga, żebym mógł oddychać za nią. I Bóg mnie wysłuchał, czułem to, starałem się łapać jak najwięcej powietrza, ale było coraz gorzej. A potem wszystko przestało mnie boleć. I to była godzina, w której moja Gajka umarła".
A potem jeszcze przyszedł list od Jacka, pisany 21 listopada: "Coś, córeczko najdroższa, w liście z 6 października pokręciłaś. Piszesz najpierw, że zdrowiejesz. Następnie, że tego zdrowienia nie uwzględnia prześwietlenie. Potem, że na podstawie prześwietlenia różni koledzy Marka obawiali się, że umrzesz. Mówił Ci to sam Marek. W pierwszej chwili pomyślałem, że mnie sparaliżuje ze strachu. Uprzytomniłem sobie jednak, że gdyby tak było, jak Ci się napisało, toby znaczyło, że Marek Ci powiedział, że umrzesz. A tego on powiedzieć nie mógł, ergo, coś kochanie pokręciłaś. Dzięki Bogu. Tylko, Słoneczko moje, nie zamartwiaj się, że mnie przestraszyłaś".
Po pogrzebie Jacek wrócił do więzienia. W zamrażarce doktora został piękny kawałek cielęciny - to były czasy baby z cielęciną - na którym Gajka włąsnoręcznie napisała "amnestia", w nadziei, że będzie z tego piekła pieczeń na powitalny obiad. "Nieznani sprawcy" podpalili domek Janiny Słuszniak i dworek Michała Boguckiego, którego Gajka odwiedziła latem. Do więzienia zaczęły przychodzić jej listy pisane w ostatnim miesiącu życia. Jacek nie chciał ich czytać. Ktoś je jednak czytał, bo mają stempel "ocenzurowano" na kopertach.
"Jacku zdrowieję - pisała 3 listopada. - Muszę wyzdrowieć, chcę wyzdrowieć. Tylko ta droga taka jeszcze długa. Mam okresy osłabienia, zwłaszcza w trakcie intensyfikowania kuracji. Nieszybko wrócę do Warszawy. Tu w Łodzi parę razy w ciągu dnia Marek podejmuje na gorąco decyzje. Daje mi to poczucie bezpieczeństwa. Przeciągnę pobyt w Łodzi do dojścia do formy".
"Ostatnio wzięłam kolejną serię leków, bardzo silnych, - pisała 8 listopada - przez dwa tygodnie nie wstawałam z łóżka, odjęło mi wszystkie siły. Ale zaraz potem zaczęło się poprawiać. Czeka mnie po dwóch tygodniach powtórzenie serii, może to zniosę lepiej. Nic się nie martw, powoli, powoli zdrowieję. Może zostaną drobne felery, jak niemożność chodzenia po górach czy zabawy w narty, ale zaręczam, kiedy będziemy mogli być razem, będę już zupełnie zdrowa".
(w listach nie zaznaczano skrótów)